Polityczna superlebiega

Jest takie bardzo ładnie brzmiące warszawskie określenie nieudacznika – lebiega. Mój sentyment do tego słowa bierze się stąd, iż bardzo lubiła je moja śp. Babcia, przez całe dzieciństwo napominająca, iż lebiegą być nie można. Z polskiej sceny politycznej stoczył się właśnie wyjątkowy okaz fajtłapy. Choć z jego upadku nabijałam się już kilkanaście miesięcy temu na łamach „GPC”, to jednak od czasu publikacji tego felietoniku jegomość pokazał, że potrafi zdobyć samo dno Rowu Mariańskiego śmieszności.

To jeden z nielicznych przypadków, wobec których zasada, iż nie kopie się leżącego, nie ma absolutnie żadnego zastosowania. Piszę oczywiście o mistrzu żenady
[pozostało do przeczytania 53% tekstu]
Dostęp do artykułów: